czwartek, 21 stycznia 2016

03.


 I co teraz? — zapytałam, kiedy stanęliśmy przez brak paliwa. — Nie było czasu napełnić bak?
Seba uśmiechnął się, pokazując białe zęby. Piąty raz dzwonił po stację holowniczą, i jak dotąd — nic. Zostało czekanie.
Dodzwoniłeś się, kurde, do nich? — niecierpliwiła się Kalina, coraz bardziej denerwując się.— Nie będę tu wiecznie stać.
Sebastian zaczął coś mówić, najwyraźniej udało mu się. I znowu czekanie.
Będą za pół godziny — powiedział, przeczesując swoje ciemne włosy. —Odwiozą nas na najbliższą stację benzynową. I do McDonalda.
Pójdziemy coś zjeść. Wreszcie. Tkwiliśmy w tym luksusowym samochodzie już całe dwie godziny. Zauważaliśmy zmiany górskiego krajobrazu w wyżynny. Niedługo nizinny.
Czekaliśmy i czekaliśmy. Każdy zajęty swoimi sprawami.


***


No, to co zamawiacie? — zapytałam, kiedy weszliśmy do restauracji. — Ja chyba... shake i nuggetsy.
Uśmiechnęłam się, kiedy dokonałam szybkiego wyboru. Na szczęście w lokalu nie było dużo ludzi, przez co nie stanęłam jeszcze w kolejce.
Ja jakiegoś burgera — mruknął Seba. Nienawidził takich barów.
Zestaw HappyMeal z zabawką numer cztery! — pisnęła Kalina.
Stanęła w kolejce, a ja za nią. Kiedy już dostaliśmy swoje jedzenie, zajęliśmy jakiś wolny stolik i powoli jedliśmy. Kara pożarła wszystko w mgnieniu oka, a potem bawiła się. Tak, zabawką. Figurka Hello Kitty siedząca na samolocie. A może na rakiecie kosmicznej...?
Kiedy zjedliśmy, wyszliśmy z restauracji i z powrotem wsiedliśmy do samochodu. Luksusowego samochodu.


***


Warszawa zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wspaniałe budowle, przepiękne parki. A wszystko to praktycznie na wyciągnięcie ręki!
Pójdziemy do Parku Łazienkowskiego? A do Pałacu Kultury? A... — pytała cały czas Kalina, dopóki spokojny dotychczas Seba nie przyłożył jej dłoni do ust.
Nie zapominaj celu naszej... wycieczki — powiedział rozdrażniony. — Przyjechaliśmy tu na zawody, a nie na zwiedzanie... cudów architektury.
Przewróciłam oczami. Ledwo przyjechaliśmy, a on już markotny, jakby pracował cały dzień na słońcu. Nawet wtedy był mniej wściekły.
Ale na Puławską daleko! Musimy tyle iść? Nie na darmo kupiłam takie ładne szpilki. I w nich przyjechałam — trajkotała Kalina. — Myślałam, że jedziemy metrem. Jesteśmy dopiero na obrzeżach Warszawy! Ile można chodzić? Byłam tylko raz w górach, ale już nigdy tam nie pojadę. Szliśmy na Morskie Oko. Piekielnie gorąco było. ­— Kiedy miałam coś powiedzieć, ona szybko dodała: — Nawet nie pytaj.
Myśląc o niewiadomo czym, zaczęłam wyciągać mapę z torebki.
Seba, w czasie twojej nieobecności zawiozłeś konie do stajni, prawda?
Sebastian wtedy tajemniczo orzekł, że gdzieś idzie i poszedł. Nie było go dwie godziny, a my z Kaliną zdane na super ciekawe czekanie, czytałyśmy jakieś reklamy na budynkach.
Jasne, niby kiedy miałbym to zrobić? —mruknął, nawet na mnie nie patrząc.
Przyznam, że poczułam się ciut zraniona. Chociaż zachowywał się tak od rana.
Eee... Nie wiem, może wtedy, kiedy nam powiedziałeś: Dziewczyny, idę zawieść konie? — ironizowałam, wściekła przez jego dziecinne zachowanie.
Wymamrotał coś pod nosem i szliśmy dalej w milczeniu. Nareszcie miałam czas, żeby w spokoju wyjąć plan miasta.
Zatrzymajcie się — powiedziałam, a potem szybko odnalazłam ulicę, przez którą szliśmy. — My jesteśmy tutaj — wskazałam miejsce palcem — a Puławska jest tam. Czyli mamy do przejścia jakieś... trzy kilometry.
Kalina mruknęła coś pod nosem, ale cierpliwie szliśmy dalej. Ja marzyłam tylko o tym, żeby w końcu przytulić się do Eyre i sprawdzić, czy nic jej się nie stało. Ludzie jednak mieli rację. Warszawa była zabieganym miastem.


***


Przepraszam — wymamrotałam, kiedy kolejny raz potrąciłam przypadkiem jakiegoś szarego przechodnia. Dosłownie szarego.
Ten coś buchnął i tylko poszedł dalej. Na szczęście weszliśmy na taką ulicę gdzie było ciasno, ale mało ludzi.
No, ileż można? Idziemy i idziemy, a dalej nic? — Chciałam przerwać Kalinie, ale nie udawało mi się. — Ile można? Ile jeszcze? Kiedy dojdziemy? Daleko jeszcze? Mam odciski, ciekawe, jak dam radę z Kongo, z takimi bolącymi nogami. A te zawody są bardzo ważne. Zresztą, uwielbiam konie. Po co brałam takie szpilki?!
Kiedy ucichła na moment, szybko powiedziałam:
Kalina, jesteśmy. Przed nami Puławska dwieście sześćdziesiąt sześć, tutaj mamy zawody — uśmiechnęłam się. — O, i nie jesteśmy sami.
Przed bramą stali dziewczyna i dwóch chłopaków. Ona od razu rzucała się w oczy. Różowe włosy sięgające do pasa, buty na dosyć wysokim koturnie, dżinsowe rurki. Jeden z mężczyzn miał ciemne, krótkie włosy, a drugi — rude.
Rudzielec, różowo-włosa i kasztanek — burknęła Kalina. — Święta Trójca, czy co?
Najwyraźniej oni coś usłyszeli, bo tylko odwrócili się w naszą stronę. Dziewczyna uśmiechnęła się do nas. Odwzajemniłam uśmiech, a przede mnie wypchnął się Seba.
Hej, Joy, Artur i Bartek! — powiedział z szerokim uśmiechem. — Ta blondynka to Magda, a ciemna — Kalina. Mówiłem już wam o nich, prawda?
Dziewczyna — Joy — przytaknęła. Gestem poprosiła, żebyśmy podeszli bliżej. Może i to, co wcześniej wymamrotała Kalina, było prawdą, ale teraz szła z o wiele za nieszczerym uśmiechem. Patrzyła na różowe włosy.
Chłopak — ten brunet, chyba Artur — patrzył na nas krzywo. Nie dość, że byłyśmy tutaj nowe, to już czekało na nas przyjemne spotkanie. Bartek nawet na nas nie zaglądał.
Podobno pierwsze piętnaście sekund pozwala stworzyć opinię człowieka. To prawda — mruknęła Kalina.
Przewróciłam oczami. Kara nie była przykładem człowieka cierpliwego, tylko nerwowego. Za to ją właśnie lubiłam.
Miło mi poznać — powiedziała Kalina ze sztucznym uśmiechem. — Wy też na zawody?
Tak, właśnie z wycieczki wybieraliśmy się do stajni — uśmiechnęła się szeroko Joy. — Może pójdziecie z nami?
Entuzjastycznie przytaknęłam i lekko, acz niezauważalnie popchnęłam Kalinę do przodu. Chyba zrozumiała, więc zaczęliśmy iść. Rozglądałam się wokół.
Zauważyłam średniej wielkości beżowy budynek. Pewnie tam mieliśmy mieszkać. Szliśmy ścieżką wyłożoną białymi kamyczkami, po jednej jej stronie rosły róże w tym samym kolorze. Widziałam także drzewo, do którego mnie wprost ciągnęło. Miałam wolną wolę, więc szłam dalej. Liście dębu miały zielony kolor z fioletowym odcieniem. Wydało mi się to dziwne, ale tylko wzruszyłam ramionami.
Zobaczyłam podłużny — beżowy — budynek. Najwyraźniej mieściła się tam stajnia. Przy drzwiach wisiały dwa plakaty promujące Arenę Caballo. Samo wejście było ogromne.
To tutaj — mruknął Seba.
Nie słuchałam go. Zajęłam się rozglądaniem po stajni. Wyglądem przypominała jakąś sławną stajnię, tyle że zapomniałam już, jaką. Minimalnie w połowie po bokach były dwa pomieszczenia. Jedno to siodlarnia, a drugie — paszarnia.
My mamy tutaj konie, a wy przy końcu — uśmiechnęła się Justyna i poszła do siodlarni.
Szliśmy, a ja kątem oka obserwowałam konie. Przepiękne araby, silne fryzy. Żaden, oczywiście, nie był piękniejszy od mojej Eyre.
A czemu tu jest tyle... — zaczęła Kalina.
Koni? Różnych ras? Arena Caballo to połączenie różnych konkurencji, zapomniałaś? — powiedział oschle Seba.
Ja ich nie słuchałam. Rozwinęła się okropna... wymiana zdań. Kiedy tylko zobaczyłam Eyre, otworzyłam boks i pogłaskałam po czole moją klacz, której nie widziałam od kilku godzin.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I tym oto akcentem zakończyliśmy rozdział.
Tak, poprawiam wszystkie, jak na razie dobrze mi idzie i jestem zadowolona. Chciałam tylko dodać, że opis stajni jest indywidualny: możecie sobie ją wyobrazić jako luksusową, może taką zwykłą, codzienną, a może i nawet zniszczoną, zaniedbaną itd.
No, ja kończę, co się będę rozpisywać. Rozdział czwarty powinnam zdążyć napisać za dzień-dwa, po prostu jarałam się nową grą i miałam LENIA.
Pzdr
Ja <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za obserwacje i komentarze.
Jeśli mam czas, odwiedzam każdy blog, o którym napiszesz w komentarzu.
Prosiłabym, abyś nie pisał/a komentarza typu: „Fajny blog, wpadnij na mój”, „Obserwuję, wpadnij na mój”, bo to świadczy o tym, że chcesz się zareklamować.

Szablon