poniedziałek, 15 sierpnia 2016

13.



Poprawiłam popręg i strzemiona. Ostatni raz spojrzałam w kierunku Pałacu, po czym usłyszałam głos Wojciecha:
No, kompania, ruszamy!
Wsiadłam na kasztanowatego araba Tarota i ruszyłam stępem za resztą. Po krótkiej chwili przyspieszyliśmy, by galopować specjalnie wytyczonym szlakiem. Wkroczyliśmy w zupełnie nieznany świat. Jechaliśmy drogą, przy której rosły szeregi pięknie pachnących, różowo-wiśniowych drzew i ogromne krzewy białego bzu.
Pierwszy raz podróżowałam konno z łukiem przewieszonym przez ramię. Na pierwszy rzut oka nie było to zbyt wygodne, ale po dłuższej chwili przyzwyczaiłam się.
Pogoda była prześliczna, nie widziałam żadnej chmurki. Tarotowi najprawdopodobniej się to udzielało, bo gdybym nie pilnowała, żeby nie prowadził, już dawno by się wyrwał i galopowalibyśmy przed siebie. Może i uczucie byłoby cudowne, ale prędzej czy później zgubilibyśmy się.
Tylko Wojciech miał konia innej rasy niż arab. Był to srokaty ogier pełnej krwi angielskiej imieniem Arlekin, dostosowany do długich rajdów i trudnych warunków pogodowych. Widać, że był młody, ale najwyraźniej sprawdzał się w powierzonych mu zadaniach.
A gdzie ja... znaczy my w ogóle jedziemy? — zapytałam cicho.
Mamy pięć dni drogi stąd do ruin Asklepiozy, potem trzy na wyspę Warplat — odpowiedział Wojciech. — Nawet niedaleko, zważając na to, że potem musimy ulokować się w leśnej chatce.
Wypowiadał ostatnie słowo, a ja w mgnieniu oka ściągnęłam łuk z ramienia i wycelowałam w idącego przed nami niedźwiedzia. Pozostali poszli w moje ślady. Fabian powoli podjechał do zwierzęcia i wystrzelił tuż obok niego, w ziemię. Futrzak najwyraźniej troszkę się przestraszył, gdyż uciekł. Jeszcze długo towarzyszyły nam jego odległe ryki.
A co będziemy tam robić? — spytałam po dłuższej chwili ciszy, przepełnionej jedynie rytmicznym tętentem kopyt.
Z tyłu usłyszałam głośne westchnięcie.
Dobrze, że się pyta, Kaspian — powiedział Wojciech. — Z tego co pamiętam, ty jechałeś pierwszy raz i nie wiedziałeś, po co, prawda?
Zapomniałem zapytać!
Nie dostałam odpowiedzi na swoje pytanie. Uśmiechnęłam się i zauważyłam, że było coraz ciemniej. Po około dwóch godzinach dojechaliśmy na skraj jakiegoś lasu. Zsiadłam z konia.
Raz, dwa, rozkładamy namioty! — oznajmił głośno i donośnie Wojciech. — Mamy dwa dwuosobowe, więc... Fabian, ty zrobisz podział.
Odwróciłam wzrok w stronę wysokiego, jasnowłosego chłopaka. Ten tylko zaspanym głosem powiedział:
Jako iż chce mi się spać, po niemyśleniu stwierdziłem, że Magda idzie do czerwonego namiotu, ja do tego drugiego... khaki, Wojtek do czerwonego i Kaspian do zgniło-zielonego — machał rękami, wskazując poszczególne osoby i namioty.
Ledwie słyszalnie westchnęłam.
I jeszcze muszę podzielić warty — dokończył Fabian. — Kaspianek, Magda, Wojtuś. Ja na końcu. Teraz chodźmy coś zjeść.


***


Kiedy księżyc będzie stykał się z koniuszkami tych sosen — mówił Wojciech, pokazując ręką drzewa — budzisz mnie. Jeśli zauważysz coś niepokojącego, budź mnie i chłopaków. Zrozumiano?
Przytaknęłam głową. Już po chwili zostałam sama w mroku nocy, oświetlona jedynie światłem księżyca. Lustrowałam wzrokiem wszelkie szelesty, nie odwracając głowy w stronę dźwięku. Powoli rozglądałam się.
Usłyszałam głośny pomruk. Kiedy zobaczyłam wpatrujące się we mnie, żółte ślepia, cofnęłam się do namiotu i uderzyłam Wojciecha w policzek, żeby się szybciej obudził. Z pozostałymi zrobiłam tak samo.
Stanęłam w krzakach i spróbowałam wyciągnąć łuk. Nie było go, musiałam zostawić w namiocie. Wzięłam do ręki jedną czy dwie strzały i zamierzałam jakoś się bronić.
Niedźwiedź był ogromny. Miał czarne futro, na tle którego żółte oczy wydawały się być oddzielnym zwierzęciem. Nagle usłyszałam koło ucha świst strzały, dwóch, trzech. Stworzenie padło martwe.
Co ty chciałaś tym zrobić? — Usłyszałam za sobą. Odwróciłam się, ale ujrzałam trzy postacie okalane czarną peleryną.
Czas mojej warty się skończył — powiedziałam, kiedy spojrzałam na krańce drzew, po czym spuściłam wzrok.
Poszłam do namiotu i po krótkiej chwili zasnęłam. Obudziłam się jeszcze tylko raz, żeby usłyszeć, jak Wojciech wchodzi do namiotu.


***


Magda, budź się! Dzicy atakują!
Uśmiechnęłam się i zagłębiłam w śpiwór. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to sen, ale czemu niby miałby mi się śnić Wojciech?! Otworzyłam jedno, drugie oko, zamknęłam oba i znów otworzyłam. Wychyliłam się z legowiska i popatrzyłam nieprzytomnym wzrokiem na oprawcę.
Nie uprzykrzaj mi życia i nie żartuj. Jacy dzicy? — zapytałam, ziewając przeciągle. — Coś wymyśliłeś, czy coś...?
Ten tylko złapał mnie za barki i potrząsnął mną. Rozbudziłam się i gwałtownie przeszłam do pozycji siedzącej. Patrzyłam Wojciechowi w oczy.
Nie marudź, tylko bierz swój łuk i uciekamy. Nasz namiot podtrzymujesz tylko ty swoim ciałem, żebyśmy — jak wyjdziesz — złożyli go i mogli jechać dalej.
Chwyciłam łuk i bez ponagleń wyskoczyłam z ciepłego legowiska, a potem z domku. W oddali usłyszałam dzikie, szaleńcze krzyki. Nasze konie były cały czas przygotowane, więc tylko dosiadłam Tarota i czekałam na resztę. Koń nerwowo przestępował kopytami. Po kilku sekundach na karego Amora wsiadł Kaspian, a po nim bułany Efezjasz także doczekał się jeźdźca.
Wojciech dał nam znak, żebyśmy jechali. Wystrzelił jedną czy dwie strzały, a następnie dosiadł Arlekina i szybkim galopem ruszył. Kiedy po jakiejś godzinie byliśmy pewni, że ich zgubiliśmy, nieco zwolniliśmy.
Noo, była niezła jazda, nieprawdaż? — zaczął Fabian. — Już myślałem, że mnie złapią, ale znacie to szczęście Konarskich, prawda?
Nikt nie przytaknął. Uśmiechnęłam się szeroko i powiedziałam nie.
Nie znacie legendy o garncu złota...? — zapytał zawiedziony. — Ten skrzat... ten właściciel garnca... to on miał na nazwisko Konarski... Aj, już dobra.


***


Popatrzyłam na Kaspiana, któremu na głowę zsypała się z drzewa góra śniegu. Mimowolnie uśmiechnęłam się, a reszta drużyny zanosiła się śmiechem. Wjeżdżaliśmy w ośnieżone obszary.
Nie przewidziałem sezonu zimowego — zaczął Wojciech — więc zatrzymamy się w chatce na jakieś... trzy miesiące. To jeszcze bardziej przedłuży naszą podróż. Niektóre rzeczy nie zależą od nas, Kaspian — dodał z uśmiechem.
Ja nic nie mówiłem, to...
Ty, to już wiemy. — Wojciech roześmiał się. — Teraz pytanie — gdzie ten domek? Powinien być gdzieś tutaj, na oku.
Jest tam! — wykrzyknął Fabian, zanim ktokolwiek zdążył go uprzedzić. — To idziemy, prawda?
Wszyscy przytaknęliśmy, po czym ruszyliśmy w drogę.


————————————————————————————
Jest kolejny! Przepraszam za mały szał kolorów w innych rozdziałach, ale po prostu kopiuję z LibreOffice’a i jeden napis zielony, a drugi czarny. Jeśli ktoś wie, jak to naprawić, proszę o kontakt.
E: arena.caballo@onet.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za obserwacje i komentarze.
Jeśli mam czas, odwiedzam każdy blog, o którym napiszesz w komentarzu.
Prosiłabym, abyś nie pisał/a komentarza typu: „Fajny blog, wpadnij na mój”, „Obserwuję, wpadnij na mój”, bo to świadczy o tym, że chcesz się zareklamować.

Szablon